Gender na Carriacou



Prom odchodzi o 9 więc trzeba wstać o 6. Na whatsappie mam wiadomość od Davette. Czy wstałem. Jeszcze się o mój wyjazd troszczy. Wstałem. Jadę. Do biura wpadam o 8.30.
- Dzień dobry, bilet poproszę? 
- Na jutro? 
- Na dziś. 
- Prom odpłynął
- Przecież jest przed 9.
- Jest przed 10.
Telefon nie tylko powitał mnie na Jamajce ale również ustawił sobie tamtejszy czas. O godzinę późniejszy. I zostawił mnie w dupie. Czarnej. 
- Moja babcia mawiała "Everything happens for a reason" - pani próbuje mnie pocieszać. 
- Pani babcia miała rację. Ale jestem zbyt wkurwiony żeby to zrozumieć. 
Obok portu są tanie hotele. Czyli jednoosobowa nora z łóżkiem i wiatrakiem za 80 EC. Pościel wygląda jak bandaż. Zużyty. Za sto nora jest nieco większa. Z telewizorem z kineskopem. Odpuszczam. Rzucam graty i jadę nad jezioro Gran Etang. Słodkie jezioro w kraterze wulkanu. Tego, dzięki któremu Grenada wygląda jak Grenada. 




Przejeżdżając szóstką myślałem że widać z autobusu. Nie. Trzeba wysiąść. Opłacić bilet (5EC). I przejść kawałek drogą żeby znaleźć się w cudownie cichym miejscu w środku tropikalnego lasu. 




Gdzie oprócz chińskich pawilonów - daru z Państwa Środka - małp (które może zawołać strażnik) i ryb (które pływają przy pomoście, bo nikt ich nie łowi) nie ma nic. Dla samego widoku i atmosfery warto było zostać. Po południu odwiedzam jeszcze senny miejscowy market. I jestem gotów na kolejną wyspę. 
Rano sprawdzam godzinę kilka razy. Idę jeszcze na recepcję. Tym razem prom stoi w porcie. I tam można kupić bilet. Oprócz biletu kupuje bułkę z potrawką z kurczaka i dwa napoje. Jeden z limonki. Drugi mauby się nazywa. A ja biorę to czego nie znam. Średnio smaczny. Ale pić się po nim nie chce. Więc działa. Na promie większość miejscowych. Para Anglików, którym facet opowiada o urokach Carriacou. Jakby był tu od lat. Okazuje się że jest. Od 13. Ingmar poleca Paradise Beach i bar Off the hook. Właściciel na pewno pozwoli mi rozbić namiot. Łapię busa (tu mają numery dwucyfrowe) i jadę. Do knajpy trzeba dojść kawałek. Z daleka też widać rozbawione towarzystwo. Już miałem mówić Hello, kiedy słyszę polski. No to dzień dobry mówię. 
- A pan skąd? 
- Przypłynąłem
- Łodzią? 
- Promem. 
No i muszę znów wszystko wyjaśniać. 
Państwo przyplynęło na dwóch katamaranach. Będą wieczorem się raczyć homarami. Na razie zapraszają na łódź więc dziś nie śpię w namiocie. Za to mogę popływać na desce z wiosełkiem. Widziałem jak pływają na tym w Rio i innych miejscach. I myślałem że to trudne. Ale nie. Chyba łatwiej niż kajakiem. I zabawniej. Szczególnie po paru piwach. Potem była grochówka. Nie z torebki. Z grochu. Na słonince. A potem próba sztuki scenicznej w wersji gender. Czyli role męskie grały panie i odwrotnie

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

O tym jak odkryłem polski bar na Karaibach i zostałem kiperem słynnego ponczu Antka

Cebulactwo w Samarkandzie

Miliard oszukanych czyli co odkryłem w Sowieckim Taszkiencie