O Madrycie i zamieszkach w Barcelonie (znowu)
O Madrycie to nawet nie ma co pisać. W nocy 5 stopni. A w dzień 25. Przyjeżdżam tu od lat i jakoś nigdy nie polubiłem Madrytu. Bo za duży? Bo nie ma wody? Bo za bardzo szpanerski? Nie wiem. Może za bardzo krakowski? Bo to Madryt jest prawdziwym Krakowem. Nie Barcelona. Poznałem to po frekwencji na naked. Bar Attack (kiedyś mój ulubiony) - 8 osób. Bar Naked (tak, też taki mają) - 10. Na moje pytanie czy w weekend jest lepiej obsługa mówi że tak jak teraz. Naked w saunie. Czynnej 24h. Może 12. Kraków normalnie. Albo Islamabad. Chociaż tam mnie jeszcze nie było. Lubiłem Odarko (z powodu muzyki Carranco) ale zamknęli. Tam też zwykle było pusto. W ogóle Madryt kojarzy mi się z pustymi lokalami. Oni tam clubbing uprawiają z zegarkiem w ręku. Od tej do tej tam i tam. Raz w pełnej dyskotece wszedłem do kibla. Jak wyszedłem nie było na sali nikogo. Wszyscy przeszli dalej. Nie chce mi się nawet odwiedzać sauny Central (pełno nabzdyczonych koleżanek szukających księcia) czy Strong Center (też peł...