Barcelona. Ruja & poróbstwo

#Katalonia #Barcelona #Barcelonabynight #Barcelonagay #Barcelonabar #Barcelonasauna #ruja #poróbstwo




No to wracam. Do Barcelony. Dzień jakoś przemęczyłem się na plaży. Z zapasem chusteczek. Do wody nie wlazłem chociaż ciepła jak w basenie. Bo podobno od nóg można przeziębić. Ale co przeziębić? Przecież już jestem przeziębiony. Jak chory to nie myśli. No ale dzień przemęczyłem się na plaży. Pod palmą. W Palmie. Bo wziąłem wieczorny lot. Chcąc jeszcze coś zwiedzić. No, bo kto mógł pomyśleć że ja tu chorować przyjadę? Jak jakiś Chopin. Czy coś. A potem autobusem na lotnisko. 38 milionów pasażerów rocznie to chyba więcej niż Okęcie? Po locie krótszym niż czekanie w gejcie lądujemy. Wracam do safestay przy Passeig de Gracia. 200 metrów od przystanku Aerobusu z lotniska. Czas ma znaczenie. Jest jedenasta a mój klub zamykają po północy. Rzucam plecak na wyro i lecę. Oczywiście zapominając lufki i zapalniczki. Jestem w połowie drogi. Nie wracam, skręcę jointa. Jak nie kręcę. Jestem chory jak szczur. Trzeba zastosować ziołolecznictwo. Jeśli nie zadziała - przynajmniej będzie przyjemniej. Zdążyłem, kręcę. Kręcę raz na rok. Albo rzadziej. Jak mi się wszystkie lufki stłuką. Albo inny dopust Boży. Bo nie lubię tytoniu. Zresztą tytoniu używają szamani do sprowadzania na ziemię w razie bad tripa. A ja nie mam bad tripów. Więc można ale po co? Zdążyłem. Za dychę - mówię. Dał mi 1,6 grama. W tej Barcelonie nawet gramy większe. Zmieliłem, skręciłem, zapalniczkę pożyczyłem. Fiolka pisze że ma reisefiber. To zajarałem na jej intencję. I się zjaralem. A jej nie pomogło. Bo ona nie wierzy w cuda. A zasada jest taka, że trzeba wierzyć. Jak się nie wierzy, to nie działają. No chyba że jest wyjątek. Ale liczyć na wyjątek to jak na gwiazdkę z nieba. Albo księcia na białym koniu. Więc trzeba wierzyć. I oczywiście sprawdzać. Jak przypominali radzieccy towarzysze. Oraz Budda.
Zamykają. Wywalili mnie w połowie jointa. Po drodze mam 1€ bar. Wszystko po euro. Byłem tu kiedyś w środku nocy bo mi się jeść zachciało. Jak straszny może być hamburger za euro? Nawet niezły. Straszny jest ketchup, który do niego dodają. I wino. Średnie. Tym razem biorę chupito. Limoncello. Od razu wiadomo, że to z cytryn a nie dodatek smakowy. Dziś jest tłum. Na hamburgera czekam obserwując tęczowy tłum. Tak, 1€ to branżowy bar, ale przychodzą wszyscy. Na tanie żarcie i chlanie w środku nocy. Hamburgery, hot drogi, tosty. Piwo, wino, wóda, inne trunki. Limoncella również. Cola, Fanta. Cytrynowa też. Wszystko po 1€. W Europie. Można? Można. 
Darkroomu nie ma. Więc zjadłem, wypiłem, napatrzyłem się. Idę dalej. X-men. Mały sex klubik. W tygodniu nie ma cover charge i płacisz tyle co wypijesz. We wtorek naked. Jak w Bizarriuszu. Było pustawo ale miałem dyskusje przy barze po hiszpańsku. Z dwoma lokalsami. I barman mnie molestował w kiblu. Więc było miło. Tym razem wziąłem whisky z kolą (też słyszałem że leczniczo działa). A molestował mnie gość. Bardziej włochaty od barmana. Wieczór skończyłem w saunie Casanova czyli tam gdzie po dyskotece kończą ci co na parkiecie nie znaleźli księcia z bajki. I zostało im 20€ na wjazd. Ja chciałem sauny. Oczywiście leczniczo. No i może baseniku z bąbelkami i ciepłą wodą. Było. Również. Do hostelu wróciłem o 7 rano. Wstałem w południe. Zdrowy



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

O tym jak odkryłem polski bar na Karaibach i zostałem kiperem słynnego ponczu Antka

Cebulactwo w Samarkandzie

Miliard oszukanych czyli co odkryłem w Sowieckim Taszkiencie