Cebulactwo w Samarkandzie
Do Samarkandy biorę taxi. Tu taxi nazywają prywatne samochody jeżdżące miedzy miastami. W związku ze świętem centrum jest zamknięte dla ruchu więc znów mam spacerek do obwodnicy. Jak zwykle trzeba zaczekać aż samochód się wypełni (czasem znalezienie czwórki pasażerów trwa godzinę) i można jechać. Mam przednie siedzenie więc jest zdecydowanie bardziej komfortowo niż z tyłu. Jak zwykłe współpasażerowie pytają skąd jestem i dokąd jadę. Najlepiej po rosyjsku mówi Bachtior - kierowca autobusu. Pochodzi z Jizzak, pracuje w Bucharze a jedzie do Taszkientu po syna, który przylatuje z Moskwy. Na którymś postoju idzie na piwo po czym zaczyna mnie zapraszać do siebie. Jedź do mnie - mówi. Odbiorę syna z lotniska i pójdziemy na polowanie. Na dzika i niedźwiedzia. Próbuję mu wytłumaczyć że strzelanie do zwierząt nie jest moim ulubionym hobby. No ale jeść przecież trzeba - kontruje. Na ryby pójdziemy. Znowu nie moja bajka. Barana zarżnę i zrobię płow - nie poddaje się. Wizja zarzynanego barana powoduje, że odechciewa mi się i płowu. Ale trzeba przyznać że Uzbecy są super mili. No może z wyjątkiem taryfiarzy. Mój hostel jest obok parku Islama Karimowa. To I sekretarz uzbeckiej SSR który został dożywotnim prezydentem niepodległego Uzbekistanu. Niedaleko jest jego mauzoleum. W stylu tych sprzed wieków.
Po drugiej stronie parku widać Registan - główny plac dawnej Samarkandy przy którym stoją trzy madrasy. Ciekawe że w centrum miasta masowego mordercy i despotycznego władcy - Tamerlana stoją nie pałace, nie meczety i nawet nie mauzolea. Ale właśnie trzy uniwersytety. Od strony parku stoi ogrodzenie. Z bramką. To otwieram i przechodzę. Stojący 5 metrów dalej policjant nie zwraca na mnie uwagi. W przeciwieństwie do trzech chłopaków którzy pytają mnie jak mam na imię, co lubię jeść i co sądzę o Samarkandzie. Po angielsku. Ćwiczą język. To w Uzbekistanie częste że uczniowie i studenci podchodzą do turystów i gadają. W każdym razie mnie już się kilka razy zdarzyło.
W końcu wchodzę na dziedziniec pierwszej madrasy. Nie ma kasy ani bileterki. Podobnie jest w drugiej i trzeciej. Dziwne. W Chiwie i Bucharze kazali sobie płacić za wszystko. A tu nie? Dopiero kiedy chcę zrobić fotkę ze wszystkimi trzema orientuję się że cały plac jest ogrodzony a budka z biletami przycupnęła przed ostatnią szkołą. Wjazd 40.000 (5$). No to przycebulowałem. Z drugiej strony w uniwersytetach teraz sprzedają t-shirty i magnesy na lodówki. Więc nie jestem pewien czy warto za obejrzenie tego płacić. Wokół Registanu park z fontannami. Typowa komuna. Tu zabytki stoją sobie samotne. Bez żadnego odniesienia do reszty miasta.
Starówki brak, a budynki tam gdzie kiedyś starówka była wyglądają jak fawela. Oczywiście z plastykowymi oknami i blaszanymi drzwiami.
Idę jeszcze do Mauzoleum Tamerlana. Oczywiście płatne. Nawet nie pytam ile. Idę na tyły zrobić fotkę i widzę schodki po których można podejść do budynku. Oglądam z bliska i trafiam na otwarte drzwi. Wchodzę i orientuję się że jestem w Mauzoleum. Kilka prostych białych grobów. W środku czarny. Oczywiście Tamerlana. Więcej nic. Tylko pomalowane na złoto ściany. Cykam fotkę i wychodzę. Znów cebula. I znów na nieświadomce.
W hostelu gadam z młodym Francuzem. Przyjechał tu licząc na przygodę poza utartym szlakiem a trafił na Disneyland. Jest rozczarowany Uzbekistanem. Ja nie. Bo niczego nie oczekiwałem.
Komentarze
Prześlij komentarz