Pociągowa odyseja
#uzbekistan
Lubie pociągi. Uwielbiam pociągi. Najbardziej takie w których można otworzyć okno. Na dłuższe dystansy to najlepszy sposób podróżowania. Można siedzieć. Można wstać. Przejść się. Zjeść coś. Albo pójść do kibla. Więc nic dziwnego że do Uzbekistanu chcę jechać pociągiem. Najpierw do Beinau - 7 godzin
Stamtąd jest już tylko 100 kilometrów do granicy. A dalej znów 500. Albo więcej. W internetach piszą że to 24 godziny. No to zaczynamy. Z Aktau na stację nie ma autobusów. Bo stacja jest 20 kilometrów od miasta. W sumie nic dziwnego. Skoro port jest 80 kilometrów stąd to czemu dworzec miałby być w mieście. Taryfiarz chce 2000. Prawie tyle co za bilet. Ale piechotą nie dojdę. A pisałem że z taryf nie korzystam. Prawda że gówno prawda? No właśnie. W pociągu okazuje się że mam kuszetkę. W cenie jest pościel. A nawet ręcznik. No to się układam i zaczynam oglądać. Ściągnąłem filmy z Netflixa żeby nie zwariować.
Tymczasem za oknem step. Po prawej step. Po lewej step. Czasem jakiś koń albo wielbłąd. Stado owiec. Czasem łańcuch kredowych gór. Jakieś dramatyczne wapienne ostańce. I plastikowe torebki. Setki i tysiące torebek. Jako że w stepie wieje - wszystko co się wyrzuci jest rozwiewane setki kilometrów od ludzkich domów. Chyba to jeszcze wnuki będą sprzątać.
O siódmej jesteśmy w Beinau. Do Chiwy nie ma pociągu. Jest do Nukus. Sto pięćdziesiąt kilometrów od celu. Może być. Cena mnie zaskakuje. Mimo podobnej odległości bilet kosztuje 12 000 - prawie pięć razy drożej. Nie wiem czy to kwestia tego że międzynarodowy. Czy w Uzbekistanie jest drożej. Pociąg odjeżdża po północy więc mam kilka godzin na zwiedzanie miasteczka w którym nic nie ma. Znaczy jest stacja. Główny plac. Kilka sklepów. Parę knajp. Kebabownia oferuje wifi więc to mnie przekonuje. Biorę hot doga. Podają je w lawaszu czyli macy zamiast obrzydliwej bułki ze styropianu. Super. Do picia mam oranżadę. Niestety o smaku... Red Bulla. Kto to kurwa wymyślił?
(rozkręcony sufit po kontroli celnej)
Pociąg do Uzbekistanu nazywany jest przemytniczym. I nic dziwnego. Tak się kiedyś jeździło z NRD. Albo ZSRR. Torby, torby, torby. Pudełka, walizki i jeszcze więcej toreb. Pod siedzeniami, nad siedzeniami. Na siedzeniach też. Odprawa kazachska jest na stacji. Po półtorej godziny jesteśmy na granicy i tam dopiero zaczyna się zabawa. Najpierw pogranicznik zbiera paszporty uważnie porównując twarze ze zdjęciami. Jakby ktoś chciał wjechać na nielegalu do krainy miodem i mlekiem płynącej. A potem wchodzą celnicy. I sprawdzają każdą torbę, pakunek i walizkę. Każdą. Z wyjątkiem mojej. Dopiero teraz widzę że do Uzbekistanu przywozi się wszystko. Jogurty, olej, makaron, ciasta, mydła, dezodoranty, perfumy, telefony, rowery a nawet szafki pod zlewozmywak. Kolejna celniczka zabiera ludziom telefony i przegląda filmy. No tego to nawet w ZSRR nie robili. Pewnie dlatego że nie było telefonów. Mój telefon na szczęście omija. A miałaby co oglądać. Choćby Murzyna z metrowym, którego mi wysłał Krzyś na whatsappie. Ciekawe czy za metrowe fiuty wsadzają w Uzbekistanie do pierdla?
Po trzech godzinach tego deja vu z czasów głębokiej komuny w końcu pociąg rusza. No to na liczniku mam okrągłą setkę #100 Uzbekistan. Prowodnicy zbierają od pasażerów towar, który musieli rozdzielić przed granicą. W pociągu pojawiają się też pierwsi odbiorcy. Pani ze złotym uśmiechem (tu montaż kosztowności w jamie ustnej nadal ma się świetnie) bierze chałwę (10 pudełek po 5 kilo). Zjawiają się też cinkciarki, sprzedawczynie kart sim, pierożków, chleba wody, piwa, koli bez gazu (kola bez gaz), lodów, power banków, metalowych sygnetów i wędzonych ryb. Jest odzież damska i dziecięca oraz zabawki. Przemytniczki z mojego przedziału kupują nowe sukienki. Robi się imprezowa atmosfera. Starszy pan z którym wsiadałem w Beinau opowiada jak służył w armii przy polskiej granicy. Lwów, Truskawiec, Stryj. Tak, znam. Kiedyś graliśmy tam koncerty. Ale on tam służył w 1960. Pięć lat przed moim urodzeniem. Poleca mi miejscowe dziewuszki, pokazując na przemytniczki. Pyta czy krasiwe. Nie wiem jak mam mu wytłumaczyć że nie gustuję w paniach w moim wieku z biżuterią w ustach, więc tylko głupio się uśmiecham. Zapraszają mnie na herbatę, chleb i ryż. Tłumaczę że robię Ramadan. W tym pociągu chyba jestem jedyny. Pan mówi że w zeszłym roku robił ale teraz bierze lekarstwa więc nie może. Oprócz mnie wszyscy jedzą, piją i biorą masuay. To chyba jakiś miejscowy drag, który sypie się pod język.
W południe dojeżdżamy do Nukus. Na dworcu tłumaczą mi, że wprawdzie do Chiwy nie ma pociągu ale tym którym przyjechałem mogę dojechać do Urgench a ostatnie 30 kilometrów marszrutką. Muszę znowu kupić bilet. 75 000 somów (prawie 40 zł za 150 kilometrów). Czyli Uzbekistan jest drogi. Trafiam do innego wagonu. Znów dostaję prześcieradło. Tym razem bez ręczniczka. Moi sputnicy od razu wypytują kto ja, skąd i dokąd. Ojciec jednego z nich walczył w Polsce. W ogóle tu tradycja Wojny Ojczyźnianej jest bardzo mocna. W Aktau widziałem Jeepa z naklejką w temacie. Oraz wielki baner honorujący miejscowego weterana z napisem: spasiba dedu za pabiedu i za mirnoje niebo nad gołowoj.
Pociąg najpierw stoi godzinę na stacji (miast stać pół godziny) a potem wlecze się niemożebnie. Powoli zaczynam mieć dość. W końcu jadę od wczoraj od 10 rano. A tu już druga po południu. I końca nie widać. Kolejna stacja. Kiedy ruszamy orientuję się że jestem 10 kilometrów na północ od Urgench. Ale pociąg jedzie jeszcze 50 na wschód po czym przejeżdża przez most na Amu Darii i... wraca. Sto kilometrów żeby zrobić 10. Rekord świata. Klnę na czym świat stoi. Komuna wiecznie żywa. Moi sputnicy mają jeszcze gorzej. Jadą do Taszkientu. Więc postoją godzinę na stacji po czym... pojadą z powrotem. Jest siódma wieczorem. Wkurwiony wysiadam i oświadczam oficjalnie że pociągów mam dość. I więcej do żadnego nie wsiądę. Przynajmniej w Uzbekistanie.
Komentarze
Prześlij komentarz