Przez pustynię. Do Buchary

Wracam do Urgench. Na pętli chcę łapać autobus. Nie ma. Taksówki. Nie stąd. Sympatyczny młody student gdzieś dzwoni. A potem łapie mi taryfę. I za nią płaci. Tego dawno nie grali. Chce wyjechać na wakacje do roboty do Niemiec. Śmieję się że to samo robiłem na studiach. 2 miesiące na saksach a potem można było cały rok przeżyć w Polsce. Dawne czasy. Na postoju taxi do Buchary, na przedmieściach już łapie mnie złotówa. Mówi że pojedziemy сейчас. Ruszamy po godzinie. Dziwne. Myślałem że za godzinę to через час a nie сейчас. 

Po kilkudziesięciu kilometrach pola nawadnianie Amu Darią się kończą i wjeżdżamy na pustynię Kyzył Kum (czerwone piaski). Wyobrażam sobie jak przechodziły tędy karawany z Buchary do Chiwy. Albo odwrotnie. My mamy betonową autostradę więc jedziemy szybko. Na postoju kierowca proponuję ten lokalny drag. Naswar. Biorę pod język. Coś jakby machorka czy tabaka. Lekko pobudza. Ale w sumie nic poza tym. O ósmej jesteśmy sto kilometrów od celu. Już sobie liczę że będę na dziewiątą. Tymczasem autostrada się kończy i dalej jest coś co tylko na mapie jest drogą. Znaczy droga tu pewnie była z 50 lat temu. Teraz zostały głównie dziury między którymi slalomem próbuje manewrować nasz kierowca. Jedziemy trzydziestką. Trzydzieści kilometrów przed miastem korek. To mija nas pociąg. Ten którym nie chciałem jechać bo jedzie 7 godzin i jest na miejscu o wpół do jedenastej. My do Buchary dojeżdżamy o jedenastej. Znaczy po Uzbekistanie nie da się szybko podróżować. W żaden sposób. 

W mieście trwa Festiwal. Jedwabiu i przypraw. Na kilkunastu scenach występują zespoły ludowe. Setki stoisk i dzikie tłumy. W dodatku między zabytkami ulokowały się współczesne budynki o wątpliwej architekturze. Uzbekowie budują swoje domy bez okien na ulicę, co biorąc pod uwagę Dżyngiz Chana, Tamerlana i im podobnych jest zdecydowanie rozsądnym wyborem. Wygląda natomiast dość koszmarnie. Nowoczesna architektura hołduje tym samym gustom co armeńska. Czyli plastykowe okna, blaszane drzwi i design z lat 90. 

Oczywiście wstęp wszędzie jest płatny. Ceny dla turystów dwa do dziesięciu razy wyższe niż dla miejscowych. Po klimatycznej nocnej Chiwie Buchara wygląda jak jarmark w Disneylandzie. 

Następnego dnia jest tak samo. Obchodzę centrum po czym idę do mauzoleum Bahauddina Naqshbandiego. Czternastowiecznego Sufiego. Kiedy wczoraj mnie pytano w hostelu czy jestem Muzułmaninem (to tu podstawowe pytania - ile masz dzieci i czy wyznajesz islam) - przyznałem się że jeśli coś już to prędzej sufizm. Jeden z lokalsów powiedział że w takim razie powinien się tam udać. To raptem 12 kilometrów z centrum więc idę piechotą. Ale to środek dnia, na termometrach 37 stopni (stan podgorączkowy) a ja piłem ostatnio o 2 w nocy. Niezły hardcore. Teraz dokładnie wiem co to znaczy mieć język jak kołek. Ale co tam. Idę twardo. 

Mauzoleum jest okazałe choć sam grób prosty. Jest sporo lokalsów którzy pielgrzymują tu po prośbie (bo święty podobno spełnia życzenia). Ja życzeń nie mam. Chciałem mu tylko oddać hołd. Wczoraj przeczytałem że przed śmiercią kazał sobie recytować sure Ya Sin. Tę samą której pierwsze wersy zawsze mnie rozwalają. Przed grobem wywieszone bon moty Bahauddina. "Nie jesteś Muzułmaninem póki nie zwyciężysz swej chciwości". "Naszą drogą jest rozmowa. Dobre uczynki są we wzajemnej komunikacji. Nie w separacji". Warto czasem posłuchać co mówili święci sprzed 700 lat. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

O tym jak odkryłem polski bar na Karaibach i zostałem kiperem słynnego ponczu Antka

Cebulactwo w Samarkandzie

Miliard oszukanych czyli co odkryłem w Sowieckim Taszkiencie