Kanikuły w Kazachstanie

#kazachstan #aktau #kazakhstan

Przypływamy zgodnie z rozkładem. Którego nie ma. Ale czytałem że podróż - jeśli morze nie jest wzburzone - trwa 28 godzin. No i trwała. Teraz tylko odprawa paszportowa na statku i prześwietlanie bagaży w nowiutkim terminalu. Kazachstan - kraj #99. Niestety zrobiła się północ a terminal jest 80 kilometrów od Aktau. Transportu oczywiście brak. Poza tym nie uśmiecha mi się szwendanie po mieście w środku nocy. W terminalu jest internet. Są też wygodne krzesła na których można się przespać. Obok śpi Francuzka która jedzie z Bałkanów. I amerykańska para, która przemierzyła na rowerach Europę z Danii do Turcji i dalej całe Zakaukazie. Azer próbuje mnie namówić na taryfę za 3500 tengów ale pomysł nocowania na sowieckim dworcu podoba mi się jeszcze mniej. O ósmej pogranicznik ogłasza podjom. Czyli pobudkę. Słońce jest już wysoko wiec robię rezerwację w hotelu o nazwie Hotel i zbieram się. Eto daleko - mówi żołnierz przy bramie kiedy pytam o najbliższą wioskę z której można złapać marszrutkę. Wiem. Na mapie widać że to ze 20 kilometrów. Ale nie chcę taksówki. To kwestia pryncypiów. Taksówkami jeżdżę w Warszawie. I w Rio. A nie w podróży. Wychodzę na drogę. Jest tak samo nowa jak cały terminal. Pewnie ją specjalnie zbudowali. Nie specjalnie pojmuję sens budowania nowego portu na zadupiu skoro w Aktau jest już port. Tym bardziej dla jednego promu, który przypływa raz na tydzień. Związku Radzieckiego nie ma od 30 lat. Ale radzieckie myślenie w pełnym rozkwicie.

Po lewej step. Po prawej step. Przede mną step również. Mijają mnie Tiry ze statku. Oni też woleli się przespać do rana. Macham na stopa. Niestety żaden nie staje. No to idę dalej. Przy czwartym kilometrze pojawia się pierwszy osobowy. I zatrzymuje się. Mam chyba względy na górze. Pytam czy podrzuci mnie do wioski. Jasne. Pakuję się i zaczynamy gadać. W tej części świata rosyjski to língua franca. Ze wszystkimi można się porozumieć. Erzhan odwiózł siostrę do pracy i teraz wraca do... Aktau. Więc zawiezie mnie prosto do miasta. Zdecydowanie mam względy. Gadamy o Polsce i Kazachstanie. Ten ogromny kraj ciągnie się przez cztery tysiące kilometrów. I mieszka w nim tylko 18 milionów ludzi. Jest 17 guberni. Każda jak Polska. Ropa, gaz i cała tablica Mendelejewa. I mnóstwo miejsca. Przez kilkadziesiąt kilometrów tylko step i step. Dwa cmentarze i kilka budynków.

W Aktau ulice nie mają nazw. Adres składa się z numeru mikrorajonu (czyli mikrodzielnicy) i numeru domu. Erzhan trochę kluczy ale w końcu podwozi mnie pod sam hotel. O nazwie Hotel. Za 2500 tenge (25 zł) mam wielki pokój z łazienką, kuchnią i szybkim WiFi. I mogę się od 6wprowadzić mimo, że jest dopiero 10 rano. Wrzucam odcinek i idę spać. Chyba jednak fotele w porcie nie były aż tak wygodne. 

Wstaję o 16. Słońce jest tak wysoko jakby było południe. Bilety na pociąg można kupić w kasie w mikrorajonie 4. Pytam kilka osób na ulicy. Nikt nic nie wie. W końcu dochodzę do hotelu Aktau. Na recepcji mówią że kasa jest obok. Pani w wieku emerytalnym wpatruje się w monitor. Kuda wam nada? Kupuję bilet do Beinau na rano. 9 godzin w pociągu - 2600 tenge. Stamtąd już tylko ze 100 kilometrów do uzbeckiej granicy. A ja chcę zobaczyć Chiwę, Bucharę i Samarkandę. Skoro mam już bilet to mogę iść na miasto. Obok hotelu w parku wesołe miasteczko. W każdym mieście, gdzie przejeżdżam - wesołe miasteczko. Było w Batumi, Tbilisi, Baku, nawet w Borżomi. A teraz w Aktau. Tylko w Warszawie nie ma. Może Warszawa to smutne miasteczko?

Nowiuteńska promenada jest jeszcze zamknięta. Ale wszyscy przechodzą przez dziurę w płocie. Ja też. Chodnik zrobiony jest z plastykowych desek, barierki z plastykowych bali. Co kilkanaście metrów kamery Bosch i szczekaczki z których leci radiowa muzyczka. 

Przy ścianach klifu wystawa balbali - kamiennych strażników stepu i kamieni z tamga - znakami plemiennymi. Jest nawet grota z ławeczkami podświetlana ledami. 


Dalej kolejne wesołe miasteczko. I starszy fragment promenady wysadzany plastykowymi palmami. Ta część już oficjalnie otwarta. Można wypożyczyć rower lub zjeść loda. Albo strzelić fotkę przy wielkim znaku I❤️AKTAU. Są knajpy włoskie, francuskie. W jednej dają nawet sushi. 

Przechodzę przez park i wychodzę prosto na plażę. Mimo upału opala się tylko kilka osób. Wokół biegają dzieci. I fruwają setki motyli. Totalne kanikuły.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

O tym jak odkryłem polski bar na Karaibach i zostałem kiperem słynnego ponczu Antka

Cebulactwo w Samarkandzie

Miliard oszukanych czyli co odkryłem w Sowieckim Taszkiencie