Z uchodźcami. Przed wyborami




Wylądowałem w schronisku dla uchodźców. A przynajmniej tak mi się wydaje. Ostatnio nocowałem w świetnych miejscówkach. San Jordi - z basenem na dachu, Safestay z tarasem z którego widać pół miasta i gdzie można czasem poznać zdolnych muzyków z Izraela, czy Hipstel gdzie codziennie dają darmowe obiady wegańskie (idealne rozwiązanie dla kogoś kogo znudziły tapas, paelle i kto przez pół dnia zastanawia się co, a nie kogo by tu zjeść). Albo Kabul przy Plaza Major: darmowe piwo, darmowy obiad, taras z widokiem na Plac). I wszędzie tłumy młodych, uśmiechniętych, wesołych ludzi. A tu jak w sztabie Platformy na dzień przed wyborami. Albo po. Atmosfera znaczy. Jakaś rodzina z dzieckiem; pan pokazał żebym koszulkę założył (it's not normal - stwierdził wykrzywiając twarz). Gustownie opakowana starsza Muzułmanka w okularach, z wielką torbą. Kilku Azjatów, kilka starszych pań. Sikh z obwiazaną głową. I brodą. Ciekawe, że w przeciwieństwie do Muzułmanek ich nikt nie chce rozpakowywać. Obsługa z Indii. I ja. Co ja tutaj robię? I kto wymyślił nazwę Galaxy Star Hotel? 
Zwiedzam hostele. I po czterech fajnych trafiłem do kiepskiego. Ale jest święto narodowe i ceny poszybowały tak, że to była jedyna opcja w centrum. Bez śniadania, bez obiadu. Kłamię. Jest kawa za free. I croissanty. Wziąłem z czekoladą. Przy śniadaniu cisza. Nie licząc hindi. Czy innego języka z subkontynentu. Zaczynam rozumieć tych, co protestowali przeciw uchodźcom. Niech sobie mieszkają. W innym hostelu. 
Dość o uchodźcach. Wcale nic do nich nie mam. Tylko chciałem być kontrowersyjny. Tymczasem siedzieć muszę do jutra. Bo się dopisałem w Barcelonie. Jakbym nie mógł gdziekolwiek indziej. Kompletnie bez sensu, bo nawet nie wiem na kogo będę. Głosowałem na SLD. Potem się wstydziłem. Potem na Platformę. Potem się wstydziłem. Potem na Palikota. Potem się wstydziłem. Potem na Kukiza. I jeszcze bardziej. Więc idę głosować nie wiadomo na kogo. Bo to podobno mój obowiązek. Głosowanie na last minute. Tak jak te moje peregrynacje. Też zwykle na last minute. Chociaż ostatnio planuję. Zaplanowałem że zostanę - zostałem. Zaplanowałem że odwiedzę Majorkę - odwiedziłem. Teraz planuję że pojadę na południe. Bla bla carem. Chcę krajobraz zobaczyć, bo z pociągu wiele nie widać. Z samolotu jeszcze mniej. Zobaczymy czy plan wyjdzie. 
Tymczasem musi siedzieć w Barcelonie. Co za nieszczęście! No bo pogoda się popsuła. Kluby wprawdzie nadal otwarte, ale mnie zaczyna nosić. Lubię Barcelonę ale się nie zakochałem. Barcelona is cute - napisałem znajomemu dziennikarzowi. That is the right word to describe Barcelona - odpisał. No właśnie. Cute. Już wiem czemu tu nie mieszkam. 

A zdjęcie? Tam stał kiedyś największy portowy burdel w mieście. Jeszcze kilka lat temu można było obejrzeć ruderę po lupanarze. My tam trafiliśmy z wycieczką po ukrytej Barcelonie. A wczoraj przechodząc zobaczyłem jak kończy się rozbiórka. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

O tym jak odkryłem polski bar na Karaibach i zostałem kiperem słynnego ponczu Antka

Cebulactwo w Samarkandzie

Miliard oszukanych czyli co odkryłem w Sowieckim Taszkiencie