Stara Palma. I chora




No dobra. Nie pisałem
Bo chory byłem. Nie gruźlica na szczęście. Ale źle się czułem. Znaczy pierwszego dnia jeszcze całkiem nieźle. Do Puerto de Soller wybrałem się jednak autobusem. A kolejkę obejrzałem od zewnątrz. Pełna turystów. Niektórzy jechali na stojaco. Wolę siedzieć w autobusie. Może mniej romantyczne. Ale pod dupą miękko. Zresztą cala Majorka jest pełna. Niemcy, Anglicy, Polacy Rosjanie, Skandynawowie. Cały zestaw. Wszędzie. Na plaży. Na deptaku. W autobusach. W sklepach. Pod katedrą. No i cała infrastruktura. Nie, tu nie ma kryzysu. Ceny nie spadły. Bo płacą turyści. Hostel dwa razy droższy niż w Barcelonie. Żarcie też. Ale za dużo się nie nażarłem bo po pierwszym dniu na plaży mnie rozwaliło. Po Soller zdążyłem obejrzeć zadeptaną Valldemossę, która wygląda jak klimatyczna budka z pamiątkami. 




Olałem pustą celę Szopena, fortepian na którym grał kilka tygodni. 



Oraz książkę George Sand o zimie tamże. Była nawet polska wersja.



Wcześniej zawsze zatrzymywałem się na turystycznych przedmieściach Palmy - Playa de Palma, do centrum jechało się autobusem (długo) albo taryfą (drogo). Ale wtedy jeździliśmy głównie do burdelu. Bez żarcia ale przyzwoity. I chłopcy fajni. Wtedy jeszcze pracowali Hiszpanie. Z biedniejszych regionów. A nie Brazylijczycy jak teraz. Mój ówczesny wtedy brylował na pokojach. A ja głównie siedziałem przy barze ze słownikiem hiszpańskiego. I próbowałem się dogadać z chłopakami. Nie, żaden nie mówił po angielsku. Więc podstawy mam z burdelu. Słynnego zresztą. Jak próbowałem wyguglać Casa Alfredo to wyszła afera a której jakiś urzędnik zostawił tam grube tysiące ze służbowej karty. A potem że szefa zamkli. Za nielegalny import Brazylijczyków. Czyli przestępstwo emigracyjne. I tyle z podróży sentymentalnej.
Ale za to miałem szansę poszwendać po starówce. Coś więcej niż Katedra i Plaza Mayor. Urocza oczywiście. Ale niestety wszystko dla turystów. Knajpy z paellą i tapas. Sklepy z kąpielówkami po kilkaset euro. Na placu Szopena popiersie Fryderyka. 


I kapela na ukulele i hihat plus pudło rezonansowe. Pod katedrą magnesy po 1€. Na plaży Afrykanie sprzedający kocyki plażowe (bo jak przetłumaczyć blanket?). Sprzedawczynie piwa z lodówki turystycznej. I tajska masażystka. Tourist trap. Level no mercy.
Więc się pochorowałem. Wśród pięknej pogody. I ciepłej wody. Aż pomyślałem o powrocie. Ale co tam. Wycieczkę kupiłem w Ryanairze. 34€ w obie strony. Wrócę do Barcelony w to se chociaż pochoruję w normalnych warunkach. Z tarasem. Czy klubem konopnym.
Na razie zużywam paczkę chusteczek na godzinę. Więc kupiłem zapas. Zajmuje ćwierć plecaka. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

O tym jak odkryłem polski bar na Karaibach i zostałem kiperem słynnego ponczu Antka

Cebulactwo w Samarkandzie

Miliard oszukanych czyli co odkryłem w Sowieckim Taszkiencie