Niedoplażowany ale wiem
Poniedziałek. Miałem dziś sobie spodenki kupić. Bo mam dziurę w prawej kieszeni i muszę pamiętać żeby do niej lufki nie wkładać. Albo kluczy. Ale mi się nie chciało. Albo miałem jechać do Tibidabo. Mojego ulubionego Wesołego Miasteczka. Tak, to to z Vicky Cristina Barcelona. Ale też mi się nie chciało. Zamiast tego znów pojechałem na plażę. Niedoplażowany jestem latoś. Jakoś.
Lubię plaże gdzie można dojechać pojazdem szynowym. Jak na Ipanemę. Czy Zandvoort. Albo Stogi. Ale tu jest bliżej na rozbieraną. I woda ciepła. Oczywiście zapomniałem kangi. Ale co tam. Można przecież leżeć na piasku. A po kąpieli wyschnąć na wietrze. Zamiast śniadania na trawie miałem drugie śniadanie. Na piasku. Oczywiście gazpacho. Zestaw serów. Głównie śmierdzących. I bułka z przedwczoraj. Wczoraj porzuciłem pieczywo na rzecz tortellini.
Za to się pozbierałem. I już wiem. Mniej więcej, oczywiście. Jest zdecydowanie zbyt miło aby tu zostać. Trzeba będzie tu wrócić. Krótki trip tam czy tam. Tego mi dokładnie trzeba. Jutro może mi się zachce w końcu kupić te spodenki. A jak nie to już na Majorce. Really. Podróż sentymentalna
Nie byłem na wyspie chyba ze dwadzieścia lat. A może mniej. Nigdy też nie jechałem też pociągiem do Soler ani nie byłem w Valdemossie. No i będę tam w październiku a nie w listopadzie jak Chopin. Więc mam nadzieję miło kontynuować barceloński plażing zamiast na przykład złapać zapalenie płuc. Albo George Sand.
Tymczasem siedzę na tarasie hostelu i oglądam... turystów na dachu Casa Batlló. Jak zwiedzają i robią selfie na tle kominów. Ciekawe. Chyba muszę się tam wybrać. Zrobię wtedy zdjęcie tarasu hostelu
Komentarze
Prześlij komentarz