Co robię na St Vincent?



Na łódkę trafiłem przez wąsy. Bo kapitan Trevor też ma. I jak pływałem obok Białej Perły to je skomplementował. I zaczęliśmy gadać. O tym co tu robię i gdzie się wybieram. Jak wyjaśniłem, że zasadniczo na Martynikę się wybieram to mówi, że mnie może zabrać. I już nie muszę się zastanawiać jak przekonać jakiegoś kapitana żeby mnie wziął. Bo - jak wiadomo - jestem antisocial. A proszenie nieznajomych żeby mnie ze sobą wzięli nie jest moim ulubionym zajęciem. Wprawdzie najpierw płynie w odwrotnym kierunku - na Tobago Cays -  nagrać sety (bo jest również DJ-em), ale za tydzień wraca i zmierza na Martynikę. No po prostu cud z rana.
Trevor jest z Colorado ale 3,5 roku temu olał pracę informatyka, kupił łódź i żegluje po Karaibach. I nagrywa sety. Ostatni - 299 nagrał na Grenadzie. https://youtu.be/uwXqaoREbT4
A trzysetny ma mieć trzy godziny. Z czego godzinę nagra tu w Wallilabou, godzinę na Tobago Cays i godzinę gdzieś jeszcze. Na dodatek zaprosił mnie na łódź na nagranie seta, więc jeszcze będę na YouTube. Dlatego właśnie warto wstawać rano i iść popływać w morzu. Szczególnie jeśli namiot stoi 10 metrów od brzegu.
Bo odkąd pożegnałem sympatyczną polską załogę katamarana zdążyłem przeplynąć na m/v Lady J-J z Carriacou na Union Island (to już St Vincent i Grenadyny), stamtąd na St Vincent, pomieszkać kilka dni u sympatycznego policjanta (przez airbnb) a potem przenieść się do Wallilabou - Zatoki Piratów z Karaibów.
Tutaj rozbiłem sobie namiocik i od sześciu tygodni mieszkam pod migdałowcem. Tym na prawo od palemek. 



Jem u Augustusa, którego poznałem na przystanku. Zaprosił mnie na płow. Świetny. Lepszy tylko mama robi. Rano przynosi mi do namiotu owoce i napar z ziół. A potem nic nie robię. Cały dzień. Znaczy czasem popływam, czasem zajaram, czasem wypiję poncz u Antka. A poza tym nic. Kompletnie. Tak mi zleciało sześć tygodni. Aż pojawił się Trevor. I nagle zaczęło się dziać. A to popłyneliśmy pontonem do Chateaubelair (fale i ulewa). A to poszliśmy na plantację marysi (najpierw 2 godziny przez dżunglę a potem wejście na stok o nachyleniu powyżej 45 stopni, który po ulewnym deszczu zamienił się w błotnisko). Trevor ma na wizytówce adventurer. Jak się okazało to nie reklama. Więc nawet nie myślę o tym, co będzie dalej. Ale nudno raczej nie. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

O tym jak odkryłem polski bar na Karaibach i zostałem kiperem słynnego ponczu Antka

Cebulactwo w Samarkandzie

Miliard oszukanych czyli co odkryłem w Sowieckim Taszkiencie