Osz ten Osz. Kirgistan #101

#kirgistan #kyrgystan #osh #osh

Na granicy jesteśmy po ósmej. Najpierw uzbeckie ceregiele. Nawet bagaż prześwietlają. Mnie celnik zabiera paszport i wypytuje. Czy w Tajlandii jedzą robale? A w Wietnamie? A gdzie jeszcze byłem? Uwaga! Paszport z dużą ilością stempli może być przyczyną poważnych opóźnień w przekraczaniu granicy. Szczególnie na zadupiu. No może to nie takie zadupie bo Kirgizski pogranicznik tylko pyta gdzie jadę. Osz. A potem? Biszkek. A potem? Almaty. Autostop? Nie, taksówka. Stempelek #101 Kirgizstan. I do widzenia. Tu celnika nie widzę wcale. Jestem na przedmieściach Osz. Do hostelu z 5 kilometrów ale muszę coś zjeść. Jest dziesiąta a ja ostatnio jadłem o trzeciej w nocy. W przydrożnych knajpach jest pełno. Od razu widać że Kirgizi traktują Ramadan poważniej od Uzbeków. W jednej pytam czy mają zupę? Zostały tylko pilmieni w sosie pomidorowym. Biorę. Sos pomidorowy okazuje się być gęstym kapuśniakiem zarobionym pomidorami po polsku. Za to pilmieni są doprawione po arabsku. Mniam. Warto głodować cały dzień żeby zjeść coś takiego. 

W Osh Guesthouse okazuje się że kirgiski Islam jest rzeczywiście hardcore'owy. W hostelu pracują sami faceci. Wszyscy wyglądają jak salafici. Nie można pić i palić. Alkoholu również posiadać nie lzia (kara 50$). Ani przechowywać w lodówce. W lodówce nie można też mieć wieprzowiny. Ani produktów z wieprzowiną. Alkoholu ani wieprzowiny nie mam i nie lubię. Ale uważam że to lekka przesada. Nie lubisz? Nie jedz. Nie pij. Ale nie zmuszaj innych. Nawet śniadań nie dają w Ramadan. Dobrze że gościom nie zabronili jeść w ciągu dnia.

Jestem tak zdechły że nie chce mi się jechać dalej. Szczególnie że do Biszkeku jest 10 godzin busikiem przez góry. Piękne góry. Ale góry. Wolę przeleżeć cały dzień w ogrodzie. Tym bardziej że znowu upał. A rzekomo w Kirgistanie lato zaczyna się miesiąc później niż w Uzbekistanie. Najwyraźniej nie w tym roku. Dopiero o szóstej wychodzę na zwiedzanie. Osz jest miastem starożytnym. Podobno ma 3028 lat. Ciekawe jak to dokładnie wyliczyli? Oczywiście największą świetność przeżywało za czasów jedwabnego szlaku. Ale kompletnie tego nie widać. 

Bazar totalnie współczesny. Zaś jedyne nie tradycyjne elementy to wykorzystanie kontenerów w roli sklepów. Na niektórych postawiono nawet drugie piętro. Bardzo oryginalne. Budynki (post) radzieckie to głównie neo-klasycyzm +chruszczowki. Te nowsze w stylu gresowo-plastykowo-lustrzanym. Ulubione kolory: szary, błękit i buraczkowy. Bardzo, bardzo 90. 

Największa atrakcja to święta góra na którą można wleźć za 20 somów. O szóstej kasa jest już zamknięta więc można znów przycebulować na złotówkę. Góra jest święta od starożytności. W tamtejszych grotach odprawiano obrzędy pogańskie, a potem muzułmańskie. 


Po wejściu schodami na górę czuje się jak po trekkingu na Everest więc zadowalam się fotkami z platformy widokowej. Do grot już się nie pcham. Obok dzieci szaleją na kamiennej zjeżdżalni. Schodzę drugą stroną góry obok zamkniętego już muzeum. 

Też w grocie. I wracam marszrutką do hostelu. Jako że w Osz nie ma specjalnie co robić kupuję bilet do Biszkeku. Nie przez góry. Górą. Lot trwa 40 minut zamiast 10 godzin. I kosztuje raptem 30$. Żeby burżujstwo było pełne zamawiam jeszcze taryfę na rano. Pisałem, że nie korzystam z taryf? Bzdura. Inni jeszcze gorsze bzdury wypisują. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

O tym jak odkryłem polski bar na Karaibach i zostałem kiperem słynnego ponczu Antka

Cebulactwo w Samarkandzie

Miliard oszukanych czyli co odkryłem w Sowieckim Taszkiencie