Hongkoński maraton
Wpadliśmy jeszcze na pierogi do najtańszej na świecie restauracji z gwiazdką Michelina. Smaki są odpowiednie do ceny. Jadłem w kilku miejscach w Hong Kongu. Łącznie z McDonald'sem. Wszędzie było lepiej niż w tej od Michelina. Na koniec dnia jeszcze zdążyliśmy obejrzeć pokaz świateł i laserów. Oczywiście ze sky 100 - czyli setnego piętra najwyższego budynku w mieście. Jak najbardziej w cenie.
Rano śniadanie vis a vis hotelu, check-in na Centralnym. Bagaże nadane do Warszawy. A przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. A my idziemy na przystań. Po drodze krótki obchód Muzeum Morskiego (również w cenie) i półtora godziny rejs dżonką do Stanley na południowym krańcu wyspy. Z lampką wina. Także w cenie.
Do centrum wracamy Hop on Hop off busem. Tak, w cenie. Teraz tramwajem na górę i obowiązkowe fotki na tarasie z widokiem na miasto. Oczywiście że w cenie i bez kolejki.
Do portu wracamy inną linią Hop on Hop off - tak żeby jeszcze zobaczyć więcej centrum. Teraz jeszcze szybki omlet i rosół z makaronem i można jechać na lotnisko. Nawet jak o tym piszę to się wydaje sporo. A w realu? Tym bardziej że przyjechaliśmy do centrum przed 14. A wyjechaliśmy o 17. Więc to bardziej doba niż dwa dni. I oni to wszystko zobaczyli, przeżyli. Nawet wyglądali na zadowolonych. Nie tylko na fotkach.
Komentarze
Prześlij komentarz