Noc zerwanych relacji
Więc w sobotę najpierw poleżałem nago na trawie w parku (tak jak sobie zaplanowałem) a wieczorem udałem się do jedynego klubu na Schoenebergu który jest zawsze otwarty. Po prostu zawsze. I zawsze coś się dzieje. Bulls. Dziś było pełno. I z tego wszystkiego musiałem akurat poznać jego. Nawijał jak jakiś Nietzsche czy Heidegger udający Kanta. A potem okazało się że Albańczyk. Wcześniej chodził po darkroomie ze spuszczonymi spodniami więc widziałem że obrzezany. Najpierw mi opowiadał że coś mam wspólnego ze światłem. Na początku było licht a na końcu keit czy heit. W każdym razie wychodziło na rzeczownik. Po niemiecku skomplikowany. Potem surfowaliśmy po tym świetle. Na koniec byłem już królem świata. A po kilku sambukach - mein bruderem. A ja słuchałem tego jak świnia grzmotu. Nawet zgodziłem się po ekstazy z nim pojechać u-bahnem. Ale w wagonie zaczął haljować. W urodziny Hitlera. Jakiś inny imigrant zwrócił mu uwagę - Du darfst es nicht machen. Wyszedłem z metra nie czekając na rezultat międzyimigranckiej dyskusji na temat kryptohomoseksualnego miłośnika metaamfetaminy. Nawet rozpaczliwie Mein Bruder mnie nie zatrzymało. Ze wszystkich możliwości gejowskiego darkroomu musiałem wybrać imigranta-faszystę. Obrzezanego.
Ale nie ma jeszcze północy a ja nie mam zamiaru się dziś w nic więcej wkręcać. Mein Bruder pojechał po tabletę i będzie teraz komuś następnemu wciskać Kanta po sambuce. I tablecie. Ja wracam na Schoeneberg. Knajpa nadal pełna. Chętnych w darkroomie więcej niż było. Do konsumpcji na miejscu. Już po żadne ekstazy nie mam zamiaru. Wypiłem kilka Jaegermeistrów. Tabletek mi nie trzeba. Chyba że jutro od bólu glowy. Ale to jutro. A dziś jest dziś. Szabas, pascha, noc zerwanych relacji. Z mein bruder na pewno. Tym bardziej że mam trzech królów. Jeden czarny, drugi biały. A trzeci z Dalekiego Wschodu.
Komentarze
Prześlij komentarz