Nothing special
Nie ma jak kontrowersja. Wystarczy napisać że Londyn nudny i od razu tyle komentarzy. Że nie nudny. A nawet ciekawy. Że są i fajne gej kluby i ciekawe muzea. Wiem. Nawet w niektórych byłem. Ale trudno mi się tym tak strasznie ekscytować. Po pierwsze jak już pisałem byłem tu jak jeszcze Polaków nie było. Czyli w latach 80. Zeszłego wieku. Poprzedniego tysiąclecia. Wtedy oczywiście różnica między Warszawą a Londynem była znacząca. I w wystawach. I gej-klubach. I wszystkim innym. Ale będąc tu tyle razy (a czasem wręcz pomieszkując) zdążyłem się już nieco przyzwyczaić. Do londyńskich atrakcji. I całej reszty.
Autobusy nie są złe. Jasne - jak się nie ma co robić to można się przejechać. Ale przy londyńskich wąskich, pokręconych i zatłoczonych uliczkach trudno to uznać za efektywny środek transportu. Rowerem? Widziałem kilku szaleńców omijających slalomem autobusy ale prędzej bym chyba skoczył na bungee. Bo jeśli chodzi o dróżki rowerowe to... nie zauważyłem wcale. W tej kategorii Warszawa bije Londek na głowę. Londyn jest lgbt friendly. Jak dziesiątki innych miast, gdzie również można się nawalić i wyrwać kogoś o dowolnej porze. Oddałem honor Sweatbox za 24-godziną działalność. Ale bądźmy szczerzy. W centrum 14-milionowego molocha to żaden cud. Raczej model biznesowy.
Old Compton's rzeczywiście wygląda ciągle tak samo. Ale goście nie koniecznie. Poprzednim razem na przykład podrywał mnie nigeryjski budowlaniec demonstrując przy pisuarze swoje okazałości. 30 lat temu tego nie było. Potem stwierdził że zna wielu Polaków (podobno budowlanka to polsko-nigeryjskie condominium). I że Polacy są mean. Jak widać o nas są również rozmaite opinie. Jak o Londku.
Dzięki za polecenie klubu nocnego z darkroomem. Kiedyś miałem przybytek tego typu. Przez ćwierć wieku. Więc wychodzenie wieczorem do gej-klubu kojarzy mi się z chodzeniem do pracy. I jeszcze miałbym stać w kolejce i zapłacić 15 funtów za wstęp? Maybe next time.
Nie zgodzę się że Londyn jest brudny. Widziałem brudniejsze miasta. Wiele brudniejsze. Wiele miast. Jedzenie jest niezłe. Oczywiście nie angielskie. A jeśli się wie gdzie trafić to nawet wspaniałe. Przy takiej ilości knajp i takiej konkurencji - to też nic dziwnego. Ale trzeba wiedzieć gdzie zjeść. A jak się wie, bo się mieszka - to się zapierdala i nie ma czasu na chodzenie po knajpach. Ani na gotowanie. Zostają mrożonki i gotowe dania z Sainsbury local.
Z przybytków muzealnych wybrałem Tate Modern. Budynek imponujący (przerobiona elektrownia). Wystawy może mniej. Najciekawszy był niemiecki realizm magiczny z czasów Republiki Weimarskiej. Oczywiście żaden ze mnie specjalista ani nawet krytyk sztuki. Ale kilka dni wcześniej chodziłem po warszawskich wystawach. I te w Zachęcie i Ujazdowskim zrobiły na mnie również duże wrażenie.
Kończąc te przydługie wyjaśnienia. Londyn nie jest denny. Straszny. Beznadziejny. Okropny. Ani do dupy. Po prostu z racji klimatu, przeludnienia i drożyzny nie nadaje się do mieszkania. A jako cel podróży nie przyprawia mnie ani o palpitację serca. Ani nawet o wzwód. No dobra. Nie jest nudny. Just nothing special
Komentarze
Prześlij komentarz